Opublikowano Dodaj komentarz

16 miesięcy w podróży przez Drogę Mleczną

Kie­dy 16 mie­się­cy temu na Świat miał przyjść mój pier­wo­rod­ny, strasz­nie chcia­łam się do tego wyda­rze­nie przy­go­to­wać. Jak nie­mow­lę, to wia­do­mo, spra­wy kar­mie­nia sta­ją się prio­ry­te­to­we. Wte­dy nie mia­łam stycz­no­ści z mama­mi, któ­re kar­mią pier­sią. A jeśli już tako­we spo­ty­ka­łam to za strasz­nie nie­grzecz­ne wyda­wa­ło mi się zada­wa­nie im pytań o tym jak one to robią. Pozo­sta­ło mi więc czy­ta­nie popu­lar­nych blo­gów o tema­ty­ce lak­ta­cyj­nej. Zna­la­złam wie­le mery­to­rycz­nych wska­zó­wek, za któ­re bar­dzo ser­decz­nie dzię­ku­ję – to dzię­ki nim zde­cy­do­wa­łam, że chcę kar­mić natu­ral­nie (to zna­czy pier­sią).

Oprócz ogól­ne­go chwa­le­nia tego spo­so­bu kar­mie­nia i wpa­ja­nia mat­kom, że mają pra­wo „świe­cić cycem”, bo to jest natu­ral­ne i nie ma się cze­go wsty­dzić, zawsze poja­wia­ła się infor­ma­cja, że nie wszyst­kim mamom musi się udać kar­mić pier­sią. I nie ma się co obwi­niać. Po pro­stu cza­sem tak jest, że dziec­ko mimo wszel­kich sta­rań prze­cho­dzi na butel­kę. Ponie­waż chcia­łam się ide­al­nie przy­go­to­wać do macie­rzyń­stwa, to jakiś mie­siąc przed poro­dem zapra­gnę­łam kupić pod­grze­wacz do bute­lek, na wszel­ki wypa­dek… jak­by co.

I wte­dy pierw­szy raz pomo­gła mi moja Mama. Ona uświa­do­mi­ła mnie, że pro­duk­ty do kar­mie­nia sztucz­ne­go są teraz bar­dzo łatwo dostęp­ne, więc jeśli fak­tycz­nie nasta­nie taka potrze­ba, to się pój­dzie i kupi. A póki co powin­nam nasta­wić się na to, że nie ma innej moż­li­wo­ści jak kar­mie­nie pier­sią. Nie ma i koniec! To była cen­na rada… bo auto­su­ge­stia mówi­ła mi, że muszę kar­mić dziec­ko pier­sią, bo „nie ma innej moż­li­wo­ści”, ale świa­do­mość o dostęp­no­ści do bute­lek uspa­ka­ja­ła, że jak­by co, łatwo się we wszyst­ko zaopa­trzę.

W tam­tym momen­cie uwa­ża­łam, że moja wie­dza jest już wystar­cza­ją­co duża i posta­no­wi­łam, że prze­sta­nę się doszka­lać. Po pro­stu chcia­łam zaufać instynk­to­wi z naci­skiem, że ina­czej jak cycem się nie da.

Poród nastą­pił o cza­sie, ale przez cesar­skie cię­cie. A cesar­skie cię­cie nie wywo­łu­je auto­ma­tycz­nej lak­ta­cji. Wie­dzia­łam więc, że na mój mlecz­ny debiut będę musia­ła pocze­kać kil­ka dni. Maluch uro­dził się po 9. Oko­ło połu­dnia, gdy jako tako doszłam do sie­bie popro­si­łam o poka­za­nie dziec­ka.

Myśla­łam, że mi go poka­żą i tyle. A tu nie­spo­dzie­wa­nie przy­by­ła położ­na z zawi­niąt­kiem i przy­sta­wi­ła go do pier­si. To było bar­dzo dziw­ne uczu­cie, gdyż nie wie­dzia­łam cze­go się spo­dzie­wać. W ogó­le się tego nie spo­dzie­wa­łam! Na całe szczę­ście dla naszej dwój­ki Maluch miał sil­ny instynkt ssa­nia, a ja mia­łam „dobre” bro­daw­ki i nasz pierw­szy raz prze­biegł cał­kiem spraw­nie. Cho­ciaż to było mega dziw­ne… Leża­łam plac­kiem na ple­cach wciąż od pasa w dół sztyw­na po znie­czu­le­niu. Nade mną sta­ła położ­na, któ­ra to z kolei trzy­ma­ła ponie­kąd w powie­trzu moje zawi­nię­te dziec­ko, tak by ono mogło ssać moją pierś. Naj­pierw jed­ną, póź­niej dru­gą. Dla mnie było to szo­ku­ją­ce, krę­pu­ją­ce i zupeł­nie ina­czej sobie to wyobra­ża­łam. Uda­ło się! Maluch uko­jo­ny spę­dził ze mną jesz­cze kil­ka chwil, a póź­niej mi go zabra­li.

Pierw­sze kar­mie­nie, magia, instynkt, pięk­no.

W szpi­ta­lu był regu­lar­nie przy­no­szo­ny na kar­mie­nie. I samo kar­mie­nie prze­bie­ga­ło raz spraw­niej, raz mniej spraw­nie. Dużo zale­ża­ło od per­so­ne­lu. Nie­któ­re położ­ne były bar­dzo pomoc­ne, poka­zy­wa­ły mi jak przy­sta­wiać dziec­ko. Inne mia­ły bar­dzo pre­ten­sjo­nal­ne podej­ście, wręcz obwi­nia­ją­ce mnie, że „moje dziec­ko pła­cze, bo jest głod­ne, a ja nie mam mle­ka, a nie pozwa­lam go nakar­mić butel­ką, co ze mnie za mat­ka?!”. Tak, nie pozwa­la­łam na dokar­mia­nie dziec­ka butel­ką. Byłam świa­do­ma tego czym może się to skoń­czyć. Byłam też świa­do­ma, że w pierw­szych dobach po uro­dze­niu nowo­ro­dek nie musi zjeść 5 litrów mle­ka dzien­nie, żeby żyć. Kole­żan­ki z sali kar­mi­ły swo­je dzie­ci takb, że naj­pierw poda­wa­ły pierś, a następ­nie mie­szan­kę mody­fi­ko­wa­ną. Ja abso­lut­nie nie chcia­łam się na to zgo­dzić, ponie­waż wal­czy­łam o powo­dze­nie swo­jej lak­ta­cji.

W pierw­szych dobach po uro­dze­niu dziec­ka moni­to­ro­wa­ny jest jego stan zdro­wia. Waż­nym wskaź­ni­kiem jest waga nowo­ro­dzia. Mak­sy­mal­ny spa­dek masy cia­ła nowo­rod­ka to 10% jego masy uro­dze­nio­wej. Przez kil­ka pierw­szych dni, mimo moich sta­rań, a jed­no­cze­śnie sprze­ci­wu poda­nia sztucz­nej mie­szan­ki, mój Maluch spa­dał z wagi. Nie­któ­re położ­ne uspa­ka­ja­ły, ale były też takie, któ­re stra­szył, że będą zmu­szo­ne podać dziec­ku kro­plów­kę – „a wie pani w jaki spo­sób się poda­je dzie­ciom kro­plów­kę? Poprzez wkłu­cie w gło­wę! Na praw­dę chce pani zro­bić coś takie­go swo­je­mu dziec­ku? Pro­szę zgo­dzić się na mie­szan­kę.” – sły­sza­łam wie­lo­krot­nie. Takie tek­sty dobi­ja­ją świe­żo upie­czo­ną mamę, wywo­łu­ją u niej stres i lęk, poczu­cie winy. To były naj­gor­sze sło­wa, któ­re sły­sza­łam w cią­gu całej mojej lak­ta­cyj­nej przy­go­dy. A szko­da, bo to był począ­tek naszej wspól­nej dro­gi mlecz­nej.

I te pyta­nia, któ­rych zna­cze­nia nie rozu­mia­łam: „ma pani już nawał?”, „ma pani nabi­te pier­si?”, „ma pani już mle­ko?”. Nie wiem jak rozu­mie te pyta­nia, ktoś kto nigdy tego nie doświad­czył… mi nikt nie wytłu­ma­czył jak odczu­wać nawał, nabi­cie pier­si. Tłu­ma­czę więc nie­wta­jem­ni­czo­nym: to takie uczu­cie jak­by­ście nadmu­cha­li swo­je pier­si jak balo­ny, z tym że sta­ją się one twar­de, cięż­kie i bolą­ce. To tak jak­by­ście nabra­li wodę w usta, zamknę­li buzię i pró­bo­wa­li ją wypluć – tak się wła­śnie czu­ją pier­si, gdy poja­wia się mle­ko.

Mle­ko poja­wi­ło się książ­ko­wo – w 3 dobie po cesar­skim cię­ciu (i jeśli myśli­cie, że przez 3 dni moje dziec­ko nic nie jadło, to się myli­cie. Przez ten czas moje pier­si pro­du­ko­wa­ły tzw. sia­rę oraz mle­ko. Raz też zgo­dzi­łam się na dokar­mie­nie dziec­ka butel­ką). A kie­dy to nastą­pi­ło, to obra­zu­jąc to dosad­nie, napi­szę tyl­ko, że popły­nę­łam!
Mle­ka było dużo, Maluch jadł godzi­na­mi, raz z jed­nej pier­si raz z dru­giej. A gdy jadł z pierw­szej to z dru­giej mle­ko samo pły­nę­ło i na odwrót. Wte­dy też kole­żan­ki z sali zazdro­ści­ły mi, że ja już mam mle­ko, a one jesz­cze nie. W tym cza­sie non stop wymie­nia­łam wkład­ki lak­ta­cyj­ne (wkład­ki lak­ta­cyj­ne to takie „pod­pa­ski”, któ­re umiesz­cza się w biu­sto­no­szu. One chło­nął mle­ko, dzię­ki cze­mu jest nam sucho i przy­jem­nie). Zorien­to­wa­łam się też ileż ja jako mat­ka pro­du­ku­ję śmie­ci! I to był pierw­szy powód dla któ­re­go zain­te­re­so­wa­łam się wie­lo­ra­zów­ka­mi, ale to temat na inny post.

Oswo­ić się z gołym cycem było mi trud­no. Po szpi­ta­lu wró­ci­łam do swo­je­go rodzin­ne­go domu, gdzie byli moi rodzi­ce, odwie­dza­ła nas moja sio­stra i bab­cia. Wszyst­kie te oso­by znam od uro­dze­nia i nie wsty­dzę się ich. Mimo wszyst­ko cyca jak­by się wsty­dzi­łam. Może nie tak, że ja się wsty­dzi­łam, bo w sumie w tam­tym cza­sie jakoś wszyst­ko było mi jed­no co się dzie­je z moim cia­łem. Zawsty­dza­ło mnie to, że może ktoś z nich się wsty­dzi tym, że ja latam z goły­mi cyca­mi po miesz­ka­niu, ale wsty­dzą się mi o tym powie­dzieć, bo to takie wsty­dli­we jest. Pierw­sza obca oso­ba, któ­ra oglą­da­ła moje­go cyca to była nasza położ­na śro­do­wi­sko­wa. Na pierw­szej wizy­cie chcia­ła zoba­czyć jak mi idzie kar­mie­nie. Pamię­tam, że mia­łam spe­cjal­ny biu­sto­nosz do kar­mie­nia, któ­ry odkry­wał tyl­ko samą bro­daw­kę. Położ­na nie była zawsty­dzo­na tym wido­kiem, bo prze­cież to dla niej nor­mal­ne. Kaza­ła mi też kar­mić w biu­sto­no­szu, w któ­rym wycią­gam całą pierś. Wyja­śni­ła, że to uła­twi rów­no­mier­ne opróż­nie­nie pier­si i będzie dla mnie zdrow­sze. I nie cac­ka­ła się z tema­tem: „natych­miast pro­szę wycią­gać całą pierś!” I tak zro­bi­łam. To było dla mnie moc­no oczysz­cza­ją­ce doświad­cze­nie. Doda­ło mi to odwa­gi w tym, że pierś to pierś, a ja tyl­ko kar­mię dziec­ko, więc nikt nie powi­nien mieć z tym pro­ble­mu.

Relaks z dziec­kiem

Mijał czas, a my z Malu­chem coraz lepiej się rozu­mie­li­śmy. I był też czas, gdy trze­ba było się pokar­mić przy udzia­le osób trze­cich. Ja zawsze się ich pyta­łam, czy mogę przy Was nakar­mić dziec­ko. Ale nie robi­łam tego, żeby pro­sić ich o zgo­dzę… raczej cho­dzi­ło mi o poin­for­mo­wa­nie ich, że zaraz wycią­gnę cyca i nie ma się cze­go wsty­dzić. W sen­sie, żeby oni się nie wsty­dzi­li tej sytu­acji. I wierz­cie mi, w całej naszej 16 mie­sięcz­nej przy­go­dzie tyl­ko raz zosta­łam popro­szo­na, by iść kar­mić do dru­gie­go poko­ju. W kwe­stii wyja­śnień – to nie było nie­grzecz­ne, to było podyk­to­wa­ne tro­ską o mój spo­kój i kom­fort. I mimo, iż pod­kre­śli­łam, że mi to nie prze­szka­dza, że mogę kar­mić tutaj przy was wszyst­kich, to jed­nak gospo­darz w dal­szym cią­gu pod­kre­ślał, że w dru­gim poko­ju na pew­no będzie mi wygod­niej, bo tam jest cisza spo­kój, mogę się na łóż­ku poło­żyć itd. Usza­no­wa­łam gospo­da­rza i poszłam do dru­gie­go poko­ju.

W prze­strze­ni publicz­nej kar­mi­łam w róż­nych miej­scach: w par­ku, na par­kin­gu, w lesie, na łące, w skle­pie, w gale­rii han­dlo­wej, w restau­ra­cji, w kawiar­ni. I nigdy, abso­lut­nie nigdy nie spo­tka­łam się z jakimś przy­krym doświad­cze­niem z tym zwią­za­nym. Ale też war­to pod­kre­ślić, że nie jestem typem „wal­czą­cej o swo­je mlecz­ne pra­wa mat­ki wariat­ki”. Co ozna­cza, że nigdy nie robi­łam z tego jakie­goś wiel­kie­go wyda­rze­nia. Po pro­stu, dziec­ko się drze – widać albo jest głod­ne, albo pić się chce, albo się zde­ner­wo­wa­ło i musi sobie possać mamę. No nic, sią­dę sobie tutaj i je nakar­mię. Nigdy nie przy­kry­wa­łam nas tetrą, kocem czy wor­kiem na gło­wę. Nie wiem czy ludzie się gapi­li, bo ja całą uwa­gę prze­no­si­łam na to, żeby nakar­mić dziec­ko.

Posi­łek na spa­ce­rze

Oczy­wi­ście sta­ra­łam się tak zor­ga­ni­zo­wać sobie czas, by pora kar­mie­nia nie wypa­da­ła w środ­ku zaku­pów. A jeśli już, to sta­ra­łam się też zna­leźć np. pokój dla mamy z dziec­kiem (to świet­na opcja, teraz w każ­dej gale­rii są takie poko­iki). I cho­ciaż do akcep­ta­cji moich nagich pier­si musia­łam doj­rzeć, to nigdy, nie sta­ra­łam się kogo­kol­wiek wpro­wa­dzić tym w zakło­po­ta­nie. Wiem, sama pamię­tam, że ludzie nie wie­dzą jak reago­wać w „dziw­nych” sytu­acjach. Potra­fię się posta­wić na miej­scu nie­do­świad­czo­nych w tym tema­cie. I faj­nie by było, gdy­by ci nie­do­świad­cze­ni wyka­za­li chę­ci zro­zu­mie­nia osób kar­mią­cych.

Praw­dzi­wa cyco­wa rewo­lu­cja nasta­ła, gdy odkry­łam lokal­ną gru­pę kobiet – naj­czę­ściej mło­dych mam, któ­re dzia­ła­ją w duchu Rodzi­ciel­stwa Bli­sko­ści. To spo­tka­nia z nimi nauczy­ły mnie, że nie ma nic dziw­ne­go w tym, że jest nagi cyc. Że jest dziec­ko co cyca ssie. Że jest dziec­ko, któ­re w kół­ko mówi „Cyca!”. Że cyce bły­sną tu i tam i nie trze­ba zawsty­dzo­nym się odwra­cać. Że z mamą kar­mią­cą moż­na w dal­szym cią­gu pro­wa­dzić kon­wer­sa­cję. Że jeśli się znasz z mamą kar­mią­cą to nie ma w tym nic złe­go, żeby popa­trzeć na jej nagie­go cyca, któ­ry jest ssa­ny przez jej dziec­ko. Że w sytu­acjach kry­zy­so­wych jed­na mama może uży­czyć swo­je­go cyca dla dziec­ka kole­żan­ki. Że moż­na bez obcia­chu powie­dzieć: „ależ mnie bolą cyc­ki!”, albo „cyc­ki to były kie­dyś, teraz mam uszy jam­ni­ka”. To śro­do­wi­sko oswo­iło mnie z moimi pier­sia­mi, pozwo­li­ło mi spoj­rzeć na moje cia­ło bez zawsty­dze­nia.

Bo wsty­dzi­łam się swo­ich pier­si. Do momen­tu zosta­nia mat­ką pier­si były dla mnie obiek­tem sek­su­al­nym. Z resz­tą nie byłam hoj­nie obda­rzo­na, więc ich nie­wiel­kość była odwrot­nie pro­por­cjo­nal­na do wiel­ko­ści  kom­plek­sów, jakie mia­łam na ich punk­cie. I na począt­ku dro­gi mlecz­nej wsty­dzi­łam się swo­ich pier­si. No bo jak to tak, świe­cić „gołym kusi­cie­lem męskich spoj­rzeń” w prze­strze­ni publicz­nej? Do wszyst­kie­go potrze­bo­wa­łam cza­su i to czas pozwo­lił mi z powo­dze­niem kon­ty­nu­ować naszą podróż.

Wie­czor­ne kar­mie­nie: Mama, Dziec­ko i pies

A podróż przez Mlecz­ną Dro­gę mia­ła wie­le zakrę­tów. Pierw­szy z nich poja­wił się, gdy Maluch miał 5 mie­się­cy. Nasz pedia­tra stwier­dził, że za mało przy­bie­ra na wadze, bo jest tyl­ko na moim mle­ku, a jak wia­do­mo, mle­ko w tym okre­sie to już tyl­ko sama woda i natych­miast pro­szę roz­sze­rzać die­tę! Nie zga­dza­łam się z tą opi­nią, ale zasia­no ziar­no nie­pew­no­ści, któ­re po 2 tygo­dniach wykieł­ko­wa­ło w roz­sze­rza­nie die­ty. Na szczę­ście Maluch oprócz pró­bo­wa­nia nowych sma­ków w dal­szym cią­gu chęt­nie ssał pierś.

Oko­ło 7–8 mie­sią­ca zaob­ser­wo­wa­łam, że w dal­szym cią­gu kar­mi­my się tyle samo razy w cią­gu dnia, ale sam posi­łek trwa coraz kró­cej. To mogło ozna­czać, że dziec­ko nie potrze­bu­je już tak dużo pokar­mu. A co za tym idzie powo­li się odsta­wia.

Oko­ło 10 mie­sią­ca jest taki waż­ny skok roz­wo­jo­wy Dużo dzie­ci w tym okre­sie rezy­gnu­je z pier­si. Nie będę ukry­wać, że mia­łam pew­ne prze­słan­ki, że i mój Poto­mek powo­li zmie­rza w tym kie­run­ku. Bar­dzo nie chcia­łam, by tak szyb­ko się odsta­wił i ponie­kąd sama zachę­ca­łam go, by dalej korzy­stał z mle­ka mamy.

Minę­ło 12 mie­się­cy, a my dalej na cycu. Od pew­ne­go cza­su kar­mi­my się już tyl­ko 2 razy dzien­nie i ewen­tu­al­nie jeśli przy­traf się jakaś strasz­na tra­ge­dia, któ­rą trze­ba uspo­ko­ić „taj­ną bro­nią mamy”. Zauwa­ży­łam, że kie­dyś Maluch zasy­piał przy pier­si. Nato­miast teraz uspo­ka­ja się przy pier­si na wie­czór, a następ­nie swo­im spo­so­bem mówi: ok, odłóż mnie do łóżecz­ka, już nie musisz mnie lulać, zasnę sobie sam.

Mój „plan” z podró­ży się speł­nił, kar­mi­łam dziec­ko pełen rok! Nie zasta­na­wia­łam się kie­dy chcę skoń­czyć. Nie mia­łam noża na gar­dle, że muszę to zro­bić z jakie­goś kon­kret­ne­go powo­du. I podob­nie jak z roz­po­czę­ciem kar­mie­nia pier­sią, tak i z zakoń­cze­niem – posta­no­wi­łam, że nie będę się dokształ­cać o tym jak to zro­bić pra­wi­dło­wo, dopó­ki nie muszę. Liczę na to, że to się sta­nie jakoś tak natu­ral­nie samo.

Mija­ły kolej­ne mie­sią­ce. A Malu­szek dalej zgod­nie z rytu­ałem, rano po prze­bu­dze­niu i zmia­nie pie­lusz­ki wska­ki­wał do rodzi­ców do łóż­ka. Tutaj wspól­ne tule­nie i przed śnia­da­nie w for­mie mle­ka mamy. Póź­niej wsta­wia­łam go z powro­tem do łóżecz­ka i mia­łam czas na przy­go­to­wa­nie praw­dzi­we­go śnia­da­nia. I wie­czo­rem, po kąpie­li lądo­wał w obję­ciach mamy, by ura­czyć się mle­kiem i móc iść spać spo­koj­nie.

Za trzy dni koń­czysz 16 mie­się­cy, a my wła­śnie wró­ci­li­śmy z waka­cji w Jastar­ni. To był faj­ny czas i dość dłu­ga podróż do domu. Wyką­pa­łam Cię, przy­tu­li­łam do pier­si i spo­koj­nie zasną­łeś. Następ­ne­go dnia rano wsta­łeś i zapo­mnia­łeś o poran­nym mle­ku, od razu pobie­głeś do kuch­ni na śnia­da­nie. Przy­go­to­wa­li­śmy śnia­da­nie, zja­dłeś je z entu­zja­zmem i nie pro­si­łeś o pierś. Tego same­go dnia wie­czo­rem zja­dłeś kola­cję, a po kąpie­li nie chcia­łeś już pier­si. Patrzy­łeś mi w oczy, któ­re kle­iły się coraz bar­dziej, aż w koń­cu dałeś swój znak: „koniec tego tule­nia, odłóż mnie do spa­nia”. Następ­ne­go dnia i pora­nek i wie­czór się powtó­rzył. Nie pęka­ło mi ser­ce, pęka­ła mi pierś – bo mle­ko od dwóch dni nie było opróż­nia­ne. W rocz­ni­cę Two­ich 16 mie­się­cy przy­sta­wi­łam Cię jesz­cze raz do pier­si, byś naj­zwy­czaj­niej w świe­cie przy­niósł mi ulgę w cier­pie­niach. To były dosłow­nie 2 zassa­nia i pobie­głeś na śnia­da­nie. Mi wystar­czy­ło, pierś prze­sta­ła boleć i wie­dzia­łam, że to był nasz ostat­ni raz. Wię­cej razy już nie przy­sze­dłeś do mnie pro­sząc o pierś. Nawet wte­dy, gdy się zezło­ści­łeś. Przy­sze­dłeś na przy­tu­la­sy, ale pierś Cię już nie inte­re­so­wa­ła.

Waka­cje w Jastar­ni, ostat­nie zdję­cie z KP.

Czy mi jako mat­ce jest z tego tytu­łu jakoś przy­kro?

Wte­dy, gdy to się dzia­ło to nie. Nawet się cie­szy­łam, że to już. Że od tej pory to rów­nież tata będzie mógł usy­piać dziec­ko. W sumie to nigdy nie pod­cho­dzi­łam do tema­tu kar­mie­nia pier­sią za pośred­nic­twem ser­ca, a rozu­mu. Zna­łam korzy­ści pły­ną­ce dla dziec­ka i dla mamy. Nie wiem czy wytwo­rzy­ła się mię­dzy nami jakaś magicz­na więź, któ­ra spo­wo­do­wa­ła­by, że po odsta­wie­niu poła­mie się moje ser­ce. Po pro­stu prze­sta­łam kar­mić, albo ina­czej – dziec­ko prze­sta­ło ssać, i już.

Post ten piszę po mie­sią­cu od tam­tych wyda­rzeń. I dopie­ro teraz, gdy go piszę to dopa­da mnie nut­ka nostal­gii. Zasta­na­wiam się nad tym, czy to jest tak, że mój mały dzi­dziuś urósł i stal się dziec­kiem? Czy zaczy­nam dostrze­gać szyb­ko upły­wa­ją­cy czas i ulot­ność chwil? Czy widzę już, że ból i dys­kom­fort to żad­na cena, jeśli cho­dzi o cenę zdro­wia i szczę­ścia moje­go dziec­ka? Czy w koń­cu dotar­ło do mnie, że jesteś moim dziec­kiem, ale nie pozo­sta­niesz nim do koń­ca świa­ta i wkrót­ce będziesz doro­słym? Te pyta­nia pozo­sta­wię bez odpo­wie­dzi… Chwi­lo trwaj, a Ty kocha­ny Malu­chu nie rośnij mi tak szyb­ko.

Two­ja Mama
Elż­bie­ta