Nowe czy używane

Nowe czy uży­wa­ne, chy­ba każ­dy z nas się nad tym kie­dyś zasta­na­wiał. Nowe czy uży­wa­ne pod­ręcz­ni­ki, ubra­nia, samo­chód, rower, sprzęt AGD/RTV, zabaw­ki, dom… co jesz­cze? Nowe czy uży­wa­ne…

A kie­dy ma poja­wić się w Two­im życiu mały czło­wiek, Twój mały czło­wiek, pierw­szy w życiu. Co wte­dy? Zasta­na­wiasz się nad tym, czy wszyst­ko zaku­pić mu nowe, a może jed­nak uży­wa­ne? Co jest lep­sze dla nasze­go dziec­ka? Zapew­ne ilu rodzi­ców tyle opi­nii… oto moja opi­nia.

Jestem zupeł­nie racz­ku­ją­cym we mgle rodzi­cem. U mnie w rodzi­nie nie mia­łam stycz­no­ści z mały­mi nie­mow­la­ka­mi więc sytu­acja, w któ­rej teraz się znaj­du­ję jest dla mnie dużym wyzwa­niem. Inter­net pęka w szwach od infor­ma­cji. Na szczę­ście w moim naj­bliż­szym oto­cze­niu jest kil­ka kole­ża­nek – mło­dych matek, któ­re dekla­ru­ją, że mogę się do nich zwra­cać z każ­dym nur­tu­ją­cym mnie pyta­niem. Są oczy­wi­ście rodzi­ce, bab­cie i inne doświad­czo­ne ciot­ki. Są porad­ni­ki, fil­mi­ki, pedia­trzy, leka­rze, położ­ne, opie­kun­ki… A na samym koń­cu jestem jesz­cze ja – mat­ka, do któ­rej nale­ży podej­mo­wa­nie osta­tecz­nej decy­zji.

Czy­taj dalej

Gobelin w kolorze brown

Gobe­lin w kolo­rze brown powstał dzię­ki prze­sia­dy­wa­niu w naj­mniej­szym poko­iku w moim miesz­ka­niu. Wszyst­ko bowiem w tym poko­ju jest utrzy­ma­ne w kolo­rach brą­zu, beżu, bie­li i sło­necz­ne­go żół­te­go. Sie­dzia­łam tak w te dłu­gie zimo­we wie­czo­ry i stwier­dzi­łam, że bra­ku­je mi tu cze­goś weł­nia­ne­go (nie licząc skó­ry bara­na wyście­ła­ją­cej mój ulu­bio­ny fotel). I tak zro­dził się pomysł na nie­wiel­ki gobe­lin (jed­no­stron­ną tka­ni­nę arty­stycz­ną, słu­żą­cą do deko­ra­cji ścian) w kolo­rze brown!

Rozpoczęcie tkania

Roz­po­czę­cie tka­nia

Tka­łam stan­dar­do­wo na mojej jedy­nej ramie tkac­kiej, wyko­na­nej przez moje­go Tatę, gdy daw­no temu zasia­no w moim ser­cu ziar­no tkac­twa. Pro­blem tech­nicz­ny pole­gał na tym, że cała tka­ni­na była tka­na do góry noga­mi, więc trze­ba było cza­sem użyć dodat­ko­wych zwo­jów wyobraź­ni, by to wszyst­ko popraw­ni poskła­dać.

 

 

 

 

 

 

Tuż przed odcięciem!

Tuż przed odcię­ciem!

I tak pro­ces tkac­ki, choć tka­ni­na nie­wiel­ka, trwał ponad mie­siąc.

 

 

 

 

 

 

 

 

Kropka wcale nie pomagała podczas wiązania nitek

Krop­ka wca­le nie poma­ga­ła pod­czas wią­za­nia nitek

Następ­nie wią­za­nie nitek, zabez­pie­cza­nie tka­ni­ny przed pru­ciem i dowią­zy­wa­nie do kija – ele­men­tu skła­do­we­go tka­ni­ny.

 

 

 

 

 

 

 

Czy­taj dalej

Chałka

Szary naszyjnik z filcu

Nie lubię zaczy­nać wpi­sów od prze­pro­sin, że daw­no mnie nie było… Ale tak, daw­no mnie nie było. Czas mi się gdzieś w paź­dzier­ni­ku zatrzy­mał i dopie­ro dziś (pierw­szy dzień wol­ny od urlo­pu) się o tym prze­ko­na­łam. Dużo się u mnie dzia­ło, tro­chę złych, tro­chę dobrych rze­czy. Lecz nie o mnie ten wpis, a o pew­nym naszyj­ni­ku!

Rok temu wyko­na­łam pierw­sze­go w życiu dre­da z fil­cu. Pomy­śla­łam sobie – super ten dred, taki sznu­rek kolo­ro­wy, mięk­ki i cie­pły. Od razu zro­bi­łam ich cały pęk i tak powstał pierw­szy naszyj­nik dla mojej Sio­stry. Naszyj­nik ten miał kil­ka wad: tro­chę za cia­sny, tro­chę za gru­by, tro­chę jakiś nie taki. Dru­gi wyko­na­łam dla mojej Mamy: mako­we kwia­ty na jed­nej dłu­uugiej zie­lo­nej łody­dze (dłu­gim zie­lo­nym dre­dzie).

Są oso­by, któ­re doce­nia­ją moje ręko­dzie­ło i z miłą chę­cią pro­po­nu­ją eks­pe­ry­men­to­wa­nie na nich 😉

I tutaj poja­wia się Pani E. któ­ra pozna­ła moje pra­ce w waka­cje i od tej pory, jak sama twier­dzi (a ja nie­skrom­nie powta­rzam): zako­cha­ła się!

Popro­si­ła o naszyj­nik w kolo­rach sza­rych z deli­kat­nym akcen­tem. I tak oto powstał sza­ry naszyj­nik z fil­cu:

Szary naszyjnik z filcu

Sza­ry naszyj­nik z fil­cu

Szary naszyjnik z filcu

Sza­ry naszyj­nik z fil­cu

Szary naszyjnik z filcu

Sza­ry naszyj­nik z fil­cu

Naszyj­nik wyko­na­łam meto­dą fil­co­wa­nia na mokro. Zapię­cie wyko­na­łam igła­mi, czy­li fil­co­wa­niem na sucho. Efekt deli­kat­ny, ale cie­ka­wy. Jak­by co, pole­cam się na przy­szłość!

Pozdra­wiam
Elż­bie­ta

Czarnogóra - Melinie

Monte Negro, czyli Czarnogóra moimi oczami

Daw­no nie cze­ka­łam na urlop tak bar­dzo, jak cze­ka­łam w tym roku. Do tej pory waka­cje zawsze były czymś co przy­cho­dzi­ło w czerw­cu i trwa­ło do wrze­śnia cza­sem nawet paź­dzier­ni­ka. Rok 2017 był dla mnie nowo­ścią w spra­wach urlo­po­wych. Ze wzglę­du na moje sta­łe zaan­ga­żo­wa­nie cza­so­we na tzw. eta­cie, swój urlop musia­łam zapla­no­wać już w stycz­niu. Choć wiem, że w nor­mal­nej pra­cy tak to się wła­śnie odby­wa, gdy był sty­czeń, myśle­nie o wcza­sach wyda­wa­ło mi się total­ną abs­trak­cją!

Czarnogórska plaża

Czar­no­gór­ska pla­ża

Po wie­lu dniach namy­słu pod­ję­li­śmy z Domow­ni­kiem decy­zję o wrze­śnio­wej wyciecz­ce, któ­ra to będzie dla nas wyciecz­ką dale­ko poślub­ną. Nie­ste­ty rok temu mie­siąc mio­do­wy nie był moż­li­wy, tak­że w tym roku posta­no­wi­li­śmy to nad­ro­bić.

Waka­cje przy­szły, kole­dzy i kole­żan­ki szli na urlop, wra­ca­li z urlo­pu, a ja tkwi­łam na sta­no­wi­sku cze­ka­jąc na wrze­sień.

Docze­ka­łam się, dotrwa­łam, wytrzy­ma­łam. Waliz­ki spa­ko­wa­ne, „dzie­ci” odde­le­go­wa­ne do „babć”, kwiat­ki pod­la­ne i w dro­gę – na pod­bój Czar­no­gó­ry!

Hercegnovi nocą

Her­ce­gno­vi nocą

Mon­te Negro, czy­li miej­sce, gdzie nas jesz­cze nie było… Czy­taj dalej