Kolorowe mydełka glicerynowe w kształcie serduszek

Historia zmydlona

Swo­ją przy­go­dę z mydłem roz­po­czę­łam od wie­lu rze­czy, któ­re
jak to w życiu bywa zło­ży­ły się w jed­ną całość.
Na począt­ku był YouTu­be i fil­my nagra­ne przez zagra­nicz­ne mydlar­ki
two­rzą­ce ślicz­ne mydeł­ka. Wte­dy nie rozu­mia­łam nazw skład­ni­ków, ani nawet nie
wie­dzia­łam co tam się dzie­je. Jed­nak oglą­da­nie tych fil­mów napa­wa­ło mnie
zachwy­tem, chę­cią robie­nia cze­goś podob­ne­go, cze­goś wła­sne­go. Lubię wyko­ny­wać
pro­duk­ty typu hand­ma­de, a TAKICH myde­łek w życiu nie widzia­łam!
Póź­niej było odkry­cie, bo nagle „ni z gru­chy, ni z pie­tru­chy”
wywią­za­ła się zaska­ku­ją­ca kon­wer­sa­cja z moją ówcze­sną współ­lo­ka­tor­ką i
ser­decz­ną przy­ja­ciół­ką Toś­ką. Oka­za­ło się, że sie­dząc w swo­ich poko­jach
nie­za­leż­nie od sie­bie oglą­da­my fil­my o two­rze­niu mydeł. I nagle oka­za­ło się, że
prze­cież moż­na zro­bić coś takie­go, wystar­czy tyl­ko chcieć.
Pierw­sze podej­ście w roku 2013, było dość oczy­wi­ste.
Inter­net i wyszu­ki­wa­ne hasło MYDŁO. Naj­prost­sze, naj­ła­twiej­sze, naj­szyb­sze
mydło gli­ce­ry­no­we: kupu­je się goto­wą bazę i roz­grze­wa. Moż­na ją bar­wić,
zata­piać w niej róż­ne rze­czy, a by nadać kształt nale­ży ją wlać do cie­ka­wej
syli­ko­no­wej forem­ki.
Nam podo­bał się pomysł i zdo­by­te doświad­cze­nie (a tak, natra­fi­ły­śmy na cie­ka­we
sytu­acje z barw­ni­kiem czy łącze­niem warstw).
Moje pierw­sze gli­ce­ry­no­we mydeł­ka
Szyb­ko poja­wił się nie­do­syt, bo prze­cież te wszyst­kie
mydlar­ki robią to zupeł­nie ina­czej, coś z czymś mie­sza­ją i coś inne­go im
wycho­dzi.

Nasta­ły cza­sy nauki.
Oglą­da­nie fil­mów ze zro­zu­mie­niem (czy­taj: z koniecz­no­ścią tłu­ma­cze­nia
wszyst­kich facho­wych pojęć). Dogłęb­ne szu­ka­nie infor­ma­cji w Inter­ne­cie i nagłe
zdzi­wie­nie (pozy­tyw­ne), że są Polki, któ­re się tym zaj­mu­ją. Teraz czy­ta­łam
blo­gi i nagle zorien­to­wa­łam się, że trze­ba wró­cić do szko­ły na lek­cję che­mii,
by poznać od pod­szew­ki pro­ce­sy che­micz­ne zacho­dzą­ce w tym wszyst­kim.
Przy­szedł czas na ekspe­ry­ment czy­li pierw­sze duże mydło,
praw­dzi­we mydło wyko­na­ne od pod­staw. Skład­ni­ki kupio­ne, „labo­ra­to­rium”
przy­go­to­wa­ne, garn­ki do mydła wyzna­czo­ne.
Skład­nik A + skład­nik B i wszyst­ko idzie zgod­nie z pla­nem, zupeł­nie jak na
fil­mach, zupeł­nie jak we śnie… i nagle skład­nik C i BUM! Cała reak­cja przy­spie­szy­ła
i zamiast w kil­ka­na­ście minut prze­re­ago­wa­ła w 3 sekun­dy. A co za tym idzie
eks­pe­ry­ment nie powiódł się i na zmar­no­wa­nie poszło jakieś 3 kg ole­jów.
Wnio­ski były pro­ste: jak eks­pe­ry­men­to­wać to tyl­ko na
mniej­szych ilo­ściach.
I od tego cza­su, nawet gdy coś nie wyszło, to nie było takiej stra­ty… a
nie­ste­ty z począt­ku dużo nie wycho­dzi­ło. Lecz dużo też moż­na się było nauczyć!
Jakie ole­je dają jaki efekt. Jakie olej­ki ete­rycz­ne wybie­rać i kie­dy je doda­wać.
Czym bar­wić mydła. Jak kro­ić mydła. Jak się mydłem myć. I wie­le poży­tecz­nych
obser­wa­cji.
Duża pró­ba numer 2 czy­li robi­my mydło w dużej for­mie. Nie
będę ukry­wać, że byłam zde­ner­wo­wa­na, bo nie uśmie­cha­ło mi się poże­gnać z
kil­ko­ma kilo­gra­ma­mi dobre­go ole­ju. Na szczę­ście uda­ło się! Wszyst­ko się uda­ło i
każ­da następ­na też!
Kolej­na uda­na pró­ba!
W życiu przy­cho­dzi moment na zakoń­cze­nie edu­ka­cji i taki
moment dopadł mnie i Toś­kę. Musia­ły­śmy zamknąć wspól­ne „labo­ra­to­rium”. Jed­nak
nie ma co smu­tać! Póki co nie zaprze­sta­ły­śmy dal­szej mydla­nej przy­go­dy, a
każ­do­ra­zo­wo wymie­nia­my się doświad­cze­nia­mi. Począt­ko­wo to wła­śnie Toś­ka
gor­li­wie kon­ty­nu­owa­ła naszą „tra­dy­cję”, ja tak napraw­dę dopie­ro zaczy­nam
samo­dziel­ne mydlar­stwo. 
Dla­te­go raz jesz­cze zapra­szam do Toś­ki na blo­ga: http://www.piolunblog.pl/
Ja, cho­ciaż nie uzna­ję się za spe­cja­li­stę chęt­nie podzie­lę
się wie­dzą z cyklu ‚Mydło – jak to jest zro­bio­ne”. Wszyst­kich zain­te­re­so­wa­nych
zachę­cam do śle­dze­nia moich następ­nych wpi­sów.

Pozdra­wiam
E.